Grają w ciemnych, dusznych klubach. Pod sceną stoi zazwyczaj kilkanaście osób. Czasem zaledwie kilka, a w porywach wielkiego sukcesu – kilkadziesiąt. Promotorzy z wielkich wytwórni pękają ze śmiechu, patrząc na te liczby. Pytają, czy jest sens organizowania koncertów zespołów niezależnych i po co w ogóle tracić prąd. Odpowiedź jest jednak brutalna dla popowego betonu. Te małe występy na żywo to dzisiaj jedyna metoda na ratowanie undergroundu. Bez nich muzyka komercyjna zeżre nas w całości.
Garstka słuchaczy to nie porażka koncertowa
Księgowi z komercyjnych stacji mierzą sukces muzyczny w tysiącach sprzedanych biletów. Dla nich niszowy koncert dla piętnastu osób to finansowa kompromitacja. Kompletnie nie rozumieją jednego. Te piętnaście osób w łódzkiej piwnicy przyszło tam, by chłonąć autentyczną muzykę alternatywną.
Oni nie przyszli na wydarzenie muzyczne po to, by zrobić sobie ładne selfie na tle sceny. Zastanawiając się, czy jest sens organizowania koncertów zespołów niezależnych, trzeba spojrzeć na jakość, a nie na ilość odbiorców. Energia, która wytwarza się między lokalnym zespołem a tą garstką pasjonatów podziemia, jest warta więcej niż wyprzedany, plastikowy stadion gwiazd popu z playbacku.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Ostatni bastion przed potopem popu i mainstreamu
Zadajmy sobie proste pytanie. Co się stanie, jeśli przestaną być organizowane koncerty dla niezależnych zespołów? Odpowiedź jest przerażająca. Mainstreamowa muzyka zaleje wszystko. Zostaniemy sam na sam z algorytmami, które będą nam dyktować, co mamy czuć.
Będziemy skazani na wyprasowane hity, pisane w biurowcach. Dlatego odpowiedź na to, czy jest sens organizowania koncertów zespołów niezależnych, brzmi: to dzisiaj akt desperackiej obrony artystycznej. To jedyna skuteczna metoda na walkę z komercjalizacją sztuki. To skuteczny ratunek dla lokalnej sceny muzycznej przed całkowitą dominacją bezdusznego przemysłu płytowego.
Czysty bunt nie potrzebuje tłumów na widowni
Mainstream panicznie boi się takich niszowych wydarzeń kulturalnych. Dlaczego? Bo wielkie media nie mają nad nimi żadnej kontroli. Nie mogą sprzedać tam czasu reklamowego podczas supportu zespołu niezależnego.
W undergroundzie nie ma menedżerów w garniturach. Nawet jeśli na widowni podczas występu na żywo stoi tylko barman i akustyk, zespół gra na sto procent. Zatem czy jest sens organizowania koncertów zespołów niezależnych w małych pubach? Oczywiście. Każdy taki występ udowadnia, że prawdziwa sztuka może istnieć bez wielkich budżetów promocyjnych i telewizyjnych kamer.
Inwestycja w przetrwanie muzycznego undergroundu
Odpowiedź jest więc absolutnie twierdząca. Organizatorzy koncertów alternatywnych to cisi bohaterowie dzisiejszej kultury niezależnej. Wykonują tytaniczną pracę, promując niezależne kapele. Często dokładają do interesu własne pieniądze, wynajmując sale prób i kluby muzyczne.
Robią to po to, by podtrzymać puls niezależnej sceny w Łodzi i całym kraju. Jeśli przestaną, muzyczny underground po prostu umrze z niedotlenienia. Dlatego następnym razem, gdy zobaczysz plakat na koncert zespołu niezależnego, po prostu kup ten bilet. Nawet jeśli będziesz jedną z dziesięciu osób pod sceną. Właśnie w ten sposób wspierasz lokalnych twórców i ratujesz muzykę przed plastikową zagładą.
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: felieton, frekwencja na koncertach, koncerty undergroundowe, muzyka alternatywna, muzyka niezależna, NIW - CRSO, organizacja koncertów, rynek muzyczny, walka z mainstreamem, wspieraj lokalnych twórców, łódzki underground


Share On Facebook
Tweet It





