Niektóre piosenki rodzą się niepozornie — z jednego zdania, pojedynczej myśli, nieśmiałego „a może”. „Najbardziej” Olgi Stolarek jest dokładnie takim utworem. Nie wygląda jak coś zaplanowanego. Raczej jak coś, co wydarzyło się mimochodem: w zeszycie, na warsztatach, późno wieczorem.
Jeżeli coś w tej piosence uderza od pierwszych sekund, to jej brak pośpiechu. Żadnych fajerwerków, żadnego „muszę zrobić wrażenie”. Studio, kilka osób w tle instrumenty, które brzmią tak, jakby człowiek odbywał dłuższą rozmowę z samym sobą. Nagrane nie po to, aby powalić produkcją, tylko zatrzymać chwilę, w której coś naprawdę zostało powiedziane.
Codzienny smutek
Historia powstania „Najbardziej” też nie ma w sobie nic z mitologii muzycznych olśnień. To tylko — a może aż — cztery wersy napisane na warsztatach „Sklejam Słowa”. Temat prosty: relacje. Emocja jeszcze prostsza: smutek. Olga śpiewa w sposób, który od razu zdradza, że nie interesuje jej śpiewanie „ładne”. Jej głos ma fakturę — lekkie zmęczenie, miękkość, coś pomiędzy opowieścią a wyznaniem. Ten głos nie chce dominować, on chce tłumaczyć. Jest w nim ten specyficzny rodzaj smutku, który nie ma spektakularnych przyczyn, ale potrafi człowieka zmielić. Taki smutek, który objawia się w kuchni, przy zmywaniu, w porannej ciszy. To nie jest lament — to zupełnie codzienny rodzaj bezradności, tylko na chwilę podniesiony do rangi sztuki.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Najmocniejsze wrażenie robi jednak tekst. Niewyszukany, ale trafny. Zamiast metafor wyszywanych na pokaz — obrazy tak zwykłe, że aż prawdziwe. Chciałabym zatrzymać serce przy Tobie, lecz oddałam je już innej osobie — zdanie, które brzmi jak coś zapisane w notatniku o drugiej w nocy. Albo Zamiast budować gniazdo, ja karmię pędzące konie — obraz tak nieoczywisty, że natychmiast zapada w pamięć, bo każdy w życiu coś „dokarmiał”, choć powinien budować.
A potem cios
A potem ten wers, który wielu słuchaczy natychmiast zawiesza: Najbardziej się boję, że wszystko… — i tutaj autorka używa słowa mocniejszego, w kontekście piosenki potrzebnego, ale jednak chwilowo wybijającego z delikatności. Jest w nim prawda, jest intensywność, ale gdyby Olga powiedziała to ciszej, subtelniej, może ten lęk zabrzmiałby jeszcze mocniej. Bo to nie jest utwór o niszczeniu, tylko o presji, jaką człowiek sam na siebie nakłada. O tym stanie, kiedy boisz się zawieść nie świat — tylko siebie.
Ta piosenka jest zaskakująco dorosła. Nie dlatego, że mówi o poważnych rzeczach, ale dlatego, że mówi o nich zwyczajnie. O strachu przed ciszą przy stole. O pustce, którą człowiek sam potrafi sobie stworzyć. O tym, że w relacjach najtrudniejsze jest nie wielkie „kocham” lub „nie kocham”, tylko bycie stałym: w gestach, w obecności, w codzienności. Że czasem łatwiej wymyślać nowe plany niż podlewać rośliny.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko jest proste. I tak, jest — w języku. Nie w życiu.
Prostota brzmi najlepiej
„Najbardziej” nie jest utworem, który trzeba analizować. Trzeba go po prostu usłyszeć. A właściwie: rozpoznać w nim siebie. Muzycy w tle wykonują pracę subtelną, ale kluczową. Fortepian melodię z ostrożnością, jakby bał się dotknąć za mocno. Gitara Pawła „Kosy” pojawia się tam, gdzie emocje wymagają dodatkowego oddechu. W świecie pełnym produkcyjnej przesady to właśnie skromność aranżu robi największe wrażenie — nic tu nie przykrywa słów, bo nic nie musi.
To zaskakujące, że utwory tak ciche mogą być tak donośne. Najbardziej nie krzyczy, nie deklaruje, nie próbuje być hymnem żadnego pokolenia. A jednak trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. Może dlatego, że nie oferuje żadnej recepty. Tylko pokazuje człowieka, który boi się, że sam sobie coś popsuje — i który wreszcie przyznaje się do tego na głos.
Kornelia Wilczak
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: NIW - CRSO, PROO, zespoły niezależne


Share On Facebook
Tweet It




