Kiedy ogłoszono stawkę tegorocznych polskich preselekcji, utwór „This Too Shall Pass” niemal natychmiast trafił na zapętlone playlisty wielu słuchaczy. Nowoczesny, świetnie wyprodukowany, nieoczywisty, a do tego zaśpiewany z niebywałą wrażliwością. A jednak, gdy w niedzielny poranek przyszło do podsumowania wyników, Stasiek Kukulski musiał zadowolić się zaledwie piątym miejscem i poparciem na poziomie 9,62%. Dlaczego kompozycja, która w teorii miała wszystko, by zachwycić muzycznych purystów, rozbiła się o ścianę w starciu z masowym widzem?
Przekleństwo „radiowości” i brak eurowizyjnego momentu
Największa siła „This Too Shall Pass” okazała się jednocześnie jego największym preselekcyjnym przekleństwem. To doskonały utwór do radia. Świetnie sprawdza się w słuchawkach podczas wieczornego spaceru czy jazdy samochodem. Eurowizja rządzi się jednak zupełnie innymi prawami. To konkurs, w którym utwór musi złapać widza za gardło w ciągu zaledwie trzech minut.
Kompozycje oparte na budowaniu subtelnego nastroju, pozbawione potężnego, wokalnego „climaxu” (kulminacji) czy wyrazistej zmiany tempa, na telewizyjnym ekranie po prostu giną. Stasiek Kukulski zaproponował jakość, która wymaga od słuchacza skupienia. Tymczasem eurowizyjny widz, bombardowany bodźcami od kilkunastu innych uczestników, rzadko ma czas na muzyczną kontemplację.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Pułapka formatu „live on tape”
Tegoroczne eliminacje, oparte na wcześniej nagranych występach studyjnych („live on tape”), były bezlitosne dla artystów polegających na intymnej interakcji z publicznością. Brak żywej widowni obnażył wszelkie niedostatki sceniczne.
Utwór Staśka, by obronić się wizualnie, potrzebował genialnej gry świateł, przemyślanej pracy kamer i stworzenia niemal filmowej atmosfery, która zrekompensowałaby brak tancerzy czy wybuchów pirotechnicznych. Zamiast tego otrzymaliśmy poprawny, ale wizualnie sterylny obrazek. Konkurencja, stawiająca na mocniejszy wokal (Alicja Szemplińska) czy wyrazisty żart (Piotr Pręgowski), po prostu skradła to show charyzmą i łatwiejszym w odbiorze przekazem.
Ofiara pełnej demokracji
Nie można też zapominać o najważniejszym czynniku tegorocznych kwalifikacji – oddaniu 100% decyzji w ręce widzów. Gdyby w preselekcjach brało udział profesjonalne jury, „This Too Shall Pass” z pewnością zapunktowałoby w kryteriach oryginalności kompozycji i nowoczesnej produkcji, lądując w ścisłej czołówce głosowania ekspertów.
W czystym televotingu wygrywają jednak emocje i proste narracje. Alicja Szemplińska niosła na sztandarach historię o „odebranej szansie z 2020 roku”. Inni artyści z czołówki mieli za sobą ogromne, zmobilizowane bazy fanów z TikToka. Stasiek wszedł w tę rywalizację z po prostu dobrą, ale niszową piosenką – bez kontrowersji, bez ckliwej historii i bez krzykliwego wizerunku. A to, w brutalnym świecie telewizyjnych głosowań, to często za mało, by wygrać. Niezależnie od tego, wynik ten absolutnie nie przekreśla potencjału tego utworu na regularnym rynku muzycznym.
Ale to był mój faworyt!
Nie ukrywam, że Stasiek Kukulski to był mój faworyt. Byłam pewna, że wygra i pojedzie na Eurowizję. Osobiście byłam zachwycona wykonaniem utowru i minimalizmem scenicznym. Eurowizja bywa nieprzewidywalna, nie zawsze w grę wchodziło tylko i wyłacznie muzyczne, wręcz cyrkowe show. Życzę Staśkowi samych sukcesów, zwłaszcza że przed nim jest jeszcze wiele możliwości zaistnienia na scenie międzynarodowej.
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: Eurowizja 2026, NIW - CRSO


Share On Facebook
Tweet It





