Co roku, gdy opadają emocje po ogłoszeniu listy artystów walczących o bilet na Konkurs Piosenki Eurowizji, w powietrzu zawisa to samo, powracające jak bumerang pytanie. Gdzie podziała się polska muzyka alternatywna? Dlaczego kraj, który w klubach i na letnich festiwalach tętni jedną z najciekawszych, najodważniejszych scen niezależnych w Europie, w telewizyjnym prime time uparcie stawia na bezpieczny, zachowawczy pop? Odpowiedź na to pytanie nie sprowadza się jedynie do mitycznego „gustu masowego widza”. To złożony problem na styku wizerunku, bezlitosnej ekonomii i struktury samego formatu telewizyjnego.
Stygmat festiwalowego kiczu i lęk przed utratą wiarygodności
Aby zrozumieć niechęć rodzimego „indie” do Eurowizji, trzeba najpierw spojrzeć na to, jak konkurs ten jest postrzegany w bańce alternatywnej. Choć Europa dawno już odrobiła lekcję, a na eurowizyjnej scenie triumfują dziś mroczne rockowe składy, awangardowe projekty łączące elektronikę z folkiem czy artyści zacierający granice gatunków, w Polsce Eurowizja wciąż bywa synonimem estetycznego kompromisu.
Dla artysty niezależnego, którego kapitałem jest autentyczność i pieczołowicie budowana wiarygodność, udział w krajowych eliminacjach jawi się często jako wizerunkowe ryzyko. To wejście w machinę, która wymaga dostosowania się do trzyminutowego formatu, sztucznego uśmiechu w tzw. „green roomie” i poddania się ocenie w kontekście, z którym na co dzień dany twórca nie chce mieć nic wspólnego. Zamiast szansy na międzynarodowy rozgłos, widzą oni groźbę bycia memem lub przypięcia łatki kogoś, kto „sprzedał się” dla telewizyjnego blichtru.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Format skrojony pod algorytmy i duże wytwórnie
Krajowe eliminacje, niezależnie od tego, czy opierają się na głosowaniu widzów, czy na decyzjach zamkniętych komisji, faworyzują określony typ produktu. Stacje telewizyjne, jako organizatorzy, poszukują formatów bezpiecznych, przewidywalnych i takich, które łatwo wpiszą się w ramówkę.
W tym ekosystemie wygrywają potężne wytwórnie fonograficzne (majorsy), które traktują preselekcje jako darmową platformę promocyjną dla swoich najnowszych, skrojonych pod radio podopiecznych. Muzyka niezależna – często chropowata, wymagająca od słuchacza uwagi, nieoparta na standardowej strukturze zwrotka-refren – odpada w przedbiegach. Brakuje jej potężnego zaplecza PR-owego, które w kluczowych tygodniach przed finałem potrafi wykreować w mediach społecznościowych poczucie, że dany utwór jest „murowanym faworytem”.
Bolesna bariera finansowa
Nie można mówić o Eurowizji bez brutalnego zderzenia z Excelem. Zbudowanie eurowizyjnego występu, który zrobi wrażenie w preselekcjach, a potem ewentualnie na wielkiej scenie, to koszt rzędu dziesiątek, a czasem setek tysięcy złotych. Obejmuje to reżyserię światła, choreografię, stroje, produkcję muzyczną na najwyższym poziomie, a także logistykę i szeroko zakrojoną promocję.
Artyści offowi inwestują własne, z reguły skromne środki w trasy koncertowe i tłoczenie winyli. Ryzykowanie rocznego budżetu zespołu na trzyminutowy występ w telewizji, bez jakiejkolwiek gwarancji zwrotu (a wręcz z ryzykiem odpadnięcia w przedbiegach z łatką „zbyt dziwnych”), jest z punktu widzenia niezależnego twórcy finansowym samobójstwem.
Czy ten mur da się przebić?
Problem polega na tym, że obie strony tracą na tym rozwodzie. Eurowizja potrzebuje tlenu, autentyczności i artystycznego ryzyka – co dobitnie pokazują sukcesy takich grup jak ukraińskie Go_A czy islandzkie Hatari. Z kolei polska scena niezależna, dławiąc się we własnym, elitarnym sosie, traci szansę na dotarcie do milionów odbiorców i zaprezentowanie światu faktu, że polska muzyka to coś więcej niż generyczne ballady i taneczny pop z szablonu.
Dopóki jednak system preselekcji nie otworzy się na realny dialog ze sceną offową – chociażby poprzez gwarantowane zaproszenia („dzikie karty”) dla laureatów niezależnych nagród muzycznych czy wsparcie finansowe na etapie stagingu – przepaść ta będzie się tylko pogłębiać. A my, jako widzowie, co roku będziemy narzekać, że nasz kraj znów brzmi na tle Europy zachowawczo i po prostu nudno.
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: Eurowizja, NIW - CRSO


Share On Facebook
Tweet It





