„Guru miłości” to komedia z 2008 roku, która zgarnęła aż trzy „Złote Maliny” w kategoriach najgorszy scenariusz, najgorszy aktor i najgorszy film. Rzeczywiście, do filmu podchodziłam aż trzy razy – uparłam się, by go zobaczyć, gdyż swego czasu byłam zainteresowana książkami jednego z najsłynniejszych guru, który pojawia się w tym filmie (Deepak Chopra).
Film nie jest aż tak zwariowany, jak go swego czasu zapowiadano – ja na takie filmy mówię, że są głupie, ale nie w sensie jakichkolwiek życiowych mądrości tylko po prostu głupie i już. Film wjechał na rozwój duchowy i mocno sobie po nim pojeździł. Zdecydowanie bardziej zrozumieją jego przekaz osoby, które z rozwojem duchowym miały do czynienia i poczuły przesycenie istotą guru wszelakich. Ale ktoś, kto ma fanatyczne wręcz podejście do rozwoju duchowego, może poczuć się urażony. Ludzie, którzy w życiu nie przeczytali ani jednej książki jakiegokolwiek guru, nie będą do końca wiedzieli o co chodzi i do czego pije główny bohater zwany Guru Pitka.
Guru Pitka chce być jak Deepak Chopra, ale do fejmu rywala brakuje mu wizyty u Oprah. Przyjmuje zlecenie na pogodzenie zwaśnionej pary – jego zadaniem jest sprawienie, by do znanego sportowca wróciła żona. Przekazy Guru Pitka pokazane są jako stek bzdur, ze smakiem łykane przez tłumy. Najbardziej zaskakujące jest to, że w tym filmie pokazały się znane nazwiska, w tym Deepak Chopra. Dla mnie ten film nie jest aż taki zły, jak się o nim powszechnie mówi, bo jednak można było się pośmiać. Najgorsze jest to, że w mojej głowie utknęła piosenka końcowa (już z listy płac): „Guru Pitka, Pitka Guru lala la (…) Pitka Guru, Guru Pitka, lala la (…)”. Kto mnie od niej uwolni?

Tagi: Ben Kingsley, Graham Gordy, Jessica Alba, Justin Timberlake, Marco Schnabel, Mike Myers
Share On Facebook
Tweet It





