Urząd Miasta Łodzi znów dumnie pręży muskuły. W oficjalnych komunikatach chwali się „rekordowym zainteresowaniem” stypendiami na 2026 rok. Prawda jest jednak wyjątkowo gorzka. Za tym urzędowym optymizmem kryje się gigantyczne rozczarowanie. Złożono aż 302 wnioski. To imponująca liczba. Szkoda tylko, że miasto po raz kolejny buduje wizerunkowy PR na nadziejach lokalnych artystów. Z owych „rekordów” wynika ostatecznie tylko jedno. Aż 286 twórców odesłano z kwitkiem. Zamiast realnego mecenatu, Łódź funduje swojemu środowisku kulturalne „igrzyska śmierci”.
„Kulturalna rzeź” i zapomoga zamiast stypendium
Największa uwaga należy się dziś nie szesnastu osobom, które otrzymały stypendium Miasta Łodzi 2026. Należy się ona niemal trzystu odrzuconym twórcom. Miasto właśnie powiedziało im wprost: „nie mamy dla was miejsca” (tłumacząc na mój język: „mamy was w dupie”). A przecież to nie byli ludzie z ulicy. To często wieloletni działacze, niezależni pisarze i reżyserzy. To muzycy i artyści wizualni. Od lat własnym kosztem i zdrowiem ciągną wizerunek Łodzi jako miasta kultury. Odrzucenie blisko 95% wniosków nie oznacza, że projekty były słabe. Oznacza coś znacznie gorszego. Miejski system finansowania kultury to farsa. Brakuje w nim jakiejkolwiek wizji budowania stabilnego ekosystemu twórczego.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Całkowity budżet stypendialny dla ponad 600-tysięcznego miasta na 2026 rok jest dramatyczny. Wynosi zaledwie 400 tysięcy złotych. Daje to 25 tysięcy złotych brutto na głowę. To niespełna 2100 zł miesięcznie. Mamy dziś wysoką inflację. Wynajem pracowni czy zakup materiałów słono kosztują. Taka kwota nie daje komfortu ani autonomii pracy. To zwykła, głodowa zapomoga. Łódzki artysta nie może w pełni poświęcić się sztuce. Musi łatać domowy budżet pracą na etacie. Swój projekt musi lepić po nocach. A miasto i tak chętnie pochwali się nim w materiałach promocyjnych.
Biedny krewny, czyli Łódź w cieniu Warszawy
Aby zrozumieć skalę łódzkiej mizerii, wystarczy spojrzeć na stolicę. Warszawa doskonale rozumie wagę kultury. Traktuje ją jako ważną inwestycję w tkankę miejską. Na stypendia artystyczne w 2026 roku przeznaczono tam blisko 3 miliony złotych. Jest to o 500 tysięcy złotych więcej niż w poprzednim roku! Wsparcie otrzymało aż 59 twórców. Miesięczna stawka na jednego stypendystę to 4,5 tysiąca złotych. Taka kwota faktycznie pozwala na odcięcie się od spraw bytowych. Umożliwia profesjonalną pracę badawczą czy literacką.
W zderzeniu z tymi liczbami, łódzkie plany mocarstwowe rażą. Opowieści o byciu „kulturalnym sercem Polski” brzmią jak ponury żart. Łódź tkwi w głębokim cieniu Warszawy. Traktuje własne środowiska niezależne jak pozycję w Excelu. To rubryka, na której najłatwiej i najszybciej można zaoszczędzić.
Mit pustej kasy. Miliony na weekendowe fajerwerki
Łódzcy społecznicy i artyści od lat słyszą to samo. Zbywa się ich krótkim urzędowym: „nie ma pieniędzy”. To kłamstwo. Pieniądze w Łodzi są. I to ogromne. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Chodzi o to, jak władze miasta decydują się je dzielić.
Oczywiście, urzędnicy natychmiast zasłonią się faktem, że stypendia to nie cała pula. Wskażą na otwarte konkursy ofert dla fundacji i stowarzyszeń czy na finansowanie miejskich instytucji. I to prawda – takie środki istnieją. Problem w tym, że budżety grantowe dla NGO-sów od lat też są zbyt małe. Co ważniejsze – z perspektywy pojedynczego, niezależnego artysty, który nie chce zakładać stowarzyszenia, by napisać książkę czy nagrać płytę, to właśnie stypendium jest często jedyną realną szansą na sfinansowanie autorskiej wizji. I tu twórca zderza się ze ścianą, walcząc o ochłapy z puli 400 tysięcy złotych na cały rok.
W tym samym czasie Łódzkie Centrum Wydarzeń obraca potężnymi kwotami. To miejska jednostka odpowiedzialna za organizację eventów. Jej roczny budżet sięga kilkudziesięciu milionów. W 2024 roku było to ponad 24 mln zł. Miasto bez problemu pompuje gigantyczne kwoty w masowe festiwale. Gdy jednak zajrzymy za kulisy tych wielkich, „łódzkich” wydarzeń, prawda okazuje się jeszcze bardziej brutalna. Sztandarowe festiwale, którymi chwali się urząd, to w rzeczywistości zewnętrzne „franczyzy”. Audioriver sprowadzono z mazowieckiego Płocka. Z kolei hucznie promowany jako łódzki showcase festiwal Great September, to tak naprawdę projekt katowickiej Fundacji „Independent” pod wodzą Artura Rojka.
Władze wolą zapłacić gigantyczne pieniądze dużym graczom ze Śląska czy Mazowsza za gotowy „produkt”. Oddają im prestiżowe miejskie przestrzenie i pompują ich budżety. Dla zewnętrznych agencji kasa płynie szerokim strumieniem. Dla rdzennych łódzkich twórców zostają odrzucane wnioski lub użeranie się z biurokracją w konkursach dla NGO. Do tego dochodzą koszty ukryte wielkich imprez. Tylko z tytułu zapewnienia darmowej komunikacji miejskiej podczas letnich weekendów festiwalowych, wpływy do budżetu miasta z biletów MPK potrafią skurczyć się o ponad milion złotych. To wszystko generuje tylko jeden pożądany dziś w urzędzie efekt: szybki i ładny obrazek do mediów społecznościowych, który żyje w pamięci odbiorcy raptem 48 godzin.
Błyszcząca wydmuszka
Brutalna prawda o stanie kultury w Łodzi jest prosta. Miasto funkcjonuje dziś jak agencja eventowa. Władze wolą „kupić” gotowy, głośny festiwal z zewnątrz. Wolą rzucić na niego miliony i zbudować polityczny PR zasięgów. Nie chcą inwestować w organiczną pracę na własnym podwórku. Twórczość lokalnych artystów to mrówczy trud, często niewidoczny na pierwszy rzut oka. Nie no, łódzki twórca czy artysta poradzi sobie bez pieniędzy, co najwyżej zalegnie za kasą w Biedrze! No ale ważniejsze są imprezy masowe, i to takie, które nie mogą wykazać się „rodowodem miejscowym”!
Cała roczna pula stypendialna w tym mieście wynosi dokładnie tyle, ile mniej więcej kosztuje dziś na łódzkim rynku wtórnym 45-metrowe dwupokojowe mieszkanie do generalnego remontu. Mniej więcej tyle samo kosztuje zaniedbana chałupa ze stodołą i lichym poletkiem za miastem. Dopóki na wsparcie stypendialne wszystkich lokalnych talentów będziemy wydawać równowartość zrujnowanej klitki lub marnej chałupiny na wsi, Łódź pozostanie kulturalną wydmuszką. Będzie z zewnątrz efektownie podświetlona neonami, ale w środku zacznie wymierać. Kolejni odrzuceni artyści spoglądają dziś na komunikaty o miejskich „rekordach”. Zostanie im więc tylko jedno. Spakują walizki i uciekną do stolicy. Tam ich praca u podstaw jest traktowana z szacunkiem, a nie jak urzędowy problem. No cóż, ja osobiście po raz któryś obraziłam się na moje rodzinne miasto. Jestem jedną z ofiar tej „kulturalnej rzezi” – i to nie pierwszy raz! Ale o tym napiszę w innym felietonie. Bo tym razem tego UMŁ nie odpuszczę!
Źródła:
-
Urząd Miasta Łodzi, Wyniki konkursu o przyznanie w 2026 roku stypendiów artystycznych Miasta Łodzi!, uml.lodz.pl [dostęp: 11.03.2026 r.].
-
Portal informacyjny m.st. Warszawy, Rośnie grono naszych stypendystek i stypendystów – Kultura 2026, kultura.um.warszawa.pl [dostęp: 11.03.2026 r.].
-
Biuletyn Informacji Publicznej UMŁ, Sprawozdanie z wykonania planu finansowego Łódzkiego Centrum Wydarzeń za 2024 r. (Druk nr 55/2025), [dostęp: 11.03.2026 r.].
-
Transport Publiczny, Łódź: Ponad milion za bezpłatne przejazdy na Audioriver i Łódź Summer Festival, transport-publiczny.pl [dostęp: 11.03.2026 r.].
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: NIW - CRSO, stypendium artystyczne UMŁ


Share On Facebook
Tweet It





