Zastanawiam się często nad łódzką, niezależną sceną. Ile dokładnie może przetrwać twórca odcięty od urzędowej kroplówki? Życie artysty bez dofinansowania to ciągła jazda po krawędzi. Sprawdziłam to wielokrotnie na własnej, undergroundowej skórze. Brak dotacji oznacza brutalne zderzenie z rzeczywistością. Zapał szybko zderza się z pustym portfelem. Przeczytaj mój felieton o kosztach prawdziwej, artystycznej wolności.
Pusty portfel i wielkie ambicje
Każdy nowy projekt wymaga pewnych nakładów finansowych. Kupuję niezbędny sprzęt i opłacam rosnące rachunki za prąd. Koszty utrzymania pochłaniają moje skromne oszczędności. Systematycznie piszę wnioski o stypendia i państwowe granty. Często jednak loguję się do systemu i widzę suchą odmowę. Zostaję wtedy zupełnie sama z moją wypracowaną wizją. Muszę szukać prywatnych środków na realizację pomysłu. Nie szukam jednak po ludziach i firmach. Nie zakładam zbiórek. Bo się wstydzę, że jest jak jest. Sama pasja niestety nie zapłaci mojego czynszu. Pewien zamożny znajomy pyta, po co robić coś, co nie gwarantuje zysku, a generuje koszty? No ale on żyje tylko i wyłącznie biznesem. Dla niego warta uwagi „literatura” to Blanka Lipińska. Bo ta autorka zarobiła fortunę na swoich książkach. Zawsze pyta mnie, ledwie coś wydam: „A ile na tym zarobiłaś?”. Takie pytanie zadaje mi też dalsza rodzina i inni znajomi. Ja nigdy nie pytam, ile oni zarabiają i na czym.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Komercyjne zlecenia jako tlen do przetrwania
Skąd brać pieniądze na niezależną sztukę? Odpowiedź jest zazwyczaj bardzo bolesna. Biorę komercyjne, często mocno odtwórcze zlecenia. Zwykłe chałtury pozwalają mi przeżyć kolejny trudny miesiąc. Zarobione środki natychmiast inwestuję w autorską twórczość. To błędne i niezwykle wyczerpujące koło finansowe. Pracuję nieraz po kilkanaście godzin na dobę. Moja kreatywność jest nieustannie wystawiana na najcięższą próbę. Czuję się też wyeksploatowana na maksa w pracy typowo zarobkowej. Pisanie powieści nie powinno być rozrywane czasowo przez cokolwiek innego. Taki komfort pisania ma tylko i wyłącznie literacki TOP, który sprzedaje bestsellery i dostaje zaliczki z wydawnictw.
Ile można żyć wyłącznie samą ideą?
Głęboko wierzę w moją bezkompromisową ścieżkę. Nie chcę iść na łatwe układy z mainstreamową popkulturą. Jednak życie artysty bez dofinansowania ma swoje mroczne granice. Zmęczenie materiału przychodzi do mnie cicho i niepostrzeżenie. Ciągły brak wsparcia instytucji potrafi zabić najlepsze chęci. Frustracja rośnie we mnie z każdym odrzuconym wnioskiem. Czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Zastanawiam się, ile jeszcze pociągnę w tym wyniszczającym trybie.
Prawdziwa sztuka rodzi się w finansowych bólach
Mimo wszystko wciąż zaciskam zęby i robię swoje. Piszę kolejny dramat lub kolejną powieść. Odrzucenie przez system paradoksalnie daje mi ogromną siłę. Nie muszę dostosowywać się do sztywnych, urzędniczych ram. Moja sztuka pozostaje w stu procentach surowa i autentyczna. Płacę za to jednak gigantyczną, życiową cenę. Brak dotacji to ostateczny test mojego artystycznego charakteru. Przetrwają tu tylko ci najbardziej uparci i zdeterminowani. Reszta szybko zniknie w wygodnym, korporacyjnym tłumie. I nie należy się temu dziwić…
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: brak stypendium, bycie artystą, felieton, finansowanie kultury, kultura undergroundowa, NIW - CRSO, sztuka niezależna, życie artysty bez dofinansowania, Łódź


Share On Facebook
Tweet It





