Są takie utwory, które nie próbują udawać, że zmienią nam życie. Nie obiecują katharsis, nie wywracają nam emocji na drugą stronę, nie atakują złożonością czy muzyczną rewolucją. To nie jest muzyka „zjawisko”. To muzyka „towarzyszka”. I dokładnie tak odbieram piosenkę Jaka – jako delikatne, komiksowe mrugnięcie w stronę słuchacza, które mówi: „hej, nie musisz zawsze przeżywać wszystkiego na sto procent”. Czasem wystarczy zanurzyć się w czymś prostym i uczciwym.
Trudne początki…
Na początku mój odbiór był chłodny. Zbyt chłodny, by o nim pisać. Statyczna animacja, ładna jak kartka z notesu artystycznego, ale bez ruchu, bez dramatyzmu. Tekst powtarzający wariacje na temat „jestem sobą, trudno”. Wszystko poprawne, może nawet zbyt poprawne. A jednak coś sprawiło, że z biegiem słuchania zaczęłam dostrzegać w tej powściągliwości… pewną nieoczywistą wartość. Może to kwestia dojrzałości twórców, a może umiejętności nieprzedstawiania siebie na siłę w barwach fluorescencyjnych.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
Bo w przeciwieństwie do współczesnych teledysków, które często wyglądają jak walki o przetrwanie między filtrem a efektem specjalnym, tutaj mamy prostotę – bardzo świadomą. Twórcy sięgają po estetykę komiksu lat 80. Grube kontury, mocne kontrasty, zgaszoną paletę. Bohaterka z czerwonym bobem i w skórzanej kurtce mogłaby wyjść prosto z retro zeszytu komiksowego kupowanego kiedyś na stacji benzynowej, gdy świat zdawał się prostszy. W tych kadrach nie ma pośpiechu. Nie ma próby „zrobienia wrażenia” na odbiorcy. Jest konsekwentna, uporządkowana forma, która bardziej zaprasza, niż narzuca.
To ważne, bo współczesne animacje – nawet te udawane – zwykle chcą czegoś od widza. Oczekują reakcji, komentarza, gwałtownej emocji. Tutaj jest inaczej. Ten teledysk nie krzyczy: „patrz na mnie!”. On mówi: „jeśli chcesz, możesz spojrzeć”. To rzadko spotykana, niemal wycofana skromność formy, która paradoksalnie zaczyna działać na jego korzyść.
W prostocie tkwi siła
Podobnie jest z warstwą tekstową. Pierwszy impuls? „To przecież banał. Mantra powtarzana od dzieciństwa: „jestem, jaka jestem”. Ale kiedy wygasi się potrzebę intelektualnego fajerwerku, można zobaczyć w tej prostocie bardzo współczesną uczciwość. W świecie, który wymaga od nas nieustannego udowadniania, że jesteśmy „jacyś” – lepsi, bardziej spektakularni, bardziej wyrazowi – te słowa brzmią jak powrót do normalności. Do zgody na siebie bez opakowania.
Powtarzalność refrenu też przestaje być wadą. Staje się elementem rytuału. Czymś pomiędzy kołysanką a uspokajającym przebąkiwaniem pod nosem. „Trochę zmienię się, a trochę nie” – wbrew pozorom to nie jest wcale tak oczywiste zdanie. To najbardziej szczere, ludzkie zdanie, jakie można wypowiedzieć. Bo każdy z nas trochę się zmienia, a trochę zawsze zostanie sobą. Sztuka polega na zaakceptowaniu tego braku spójności.
No i przede wszystkim: głos
Iwona Zuchniak ma wokal, który niesie tę piosenkę bardziej niż jakikolwiek element wizualny. Jest lekko chropowaty, nieidealnie gładki, przez co wprowadza do utworu rodzaj naturalnego ciepła. Ten głos – w kontraście do pozornie grzecznego komiksu – jest jak zadrapanie na ścianie świeżo pomalowanego pokoju. Niby drobna rzecz, a sprawia, że pojawia się w nim życie. Słuchając, ma się wrażenie, że to właśnie wokal, a nie animacja, niesie prawdziwą narrację. Że to on opowiada historię kobiety pogodzonej z tym, że bycie wewnętrznie sprzeczną jest stanem jak najbardziej normalnym.
W tym zestawieniu muzycy też pozostają w cieniu, ale w cieniu bardzo solidnym. Gitara Michała Maliszewskiego — lekko wycofana, nieprzegadana — buduje przestrzeń, w której można oddychać. Perkusja Jacka Leśniewskiego dodaje puls, ale nie presję, a bas Artura Działdowskiego trzyma wszystko w całości, nie próbując dominować. To zespół, który gra tak, jak cały utwór wygląda: z wyczuciem i bez potrzeby imponowania na siłę.
Nie potrzeba fajerwerków
Ostatecznie zaczęłam widzieć w tym wszystkim pewną spójność. Piosenka nie próbuje być czymś, czym nie jest. To nie jest hymn pokoleniowy ani wyznanie egzystencjalne. Nie jest awangardą. Ale jest czymś innym: dźwiękową namiastką codziennej zgody na siebie. I to jest wartość, którą trudno przecenić, zwłaszcza dziś, kiedy wszyscy próbują być bardziej wyjątkowi, niż ktokolwiek realnie ma siłę być.
Może właśnie dlatego ta pozorna „prostota” nie jest brakiem. Jest estetycznym wyborem. Jest muzycznym minimalizmem, który nie stara się wygrać konkursu na najgłośniejszy teledysk YouTube’a. Jest chwilą normalności w kulturze, która nieustannie krzyczy o uwagę. A jeśli muzyka potrafi podarować nam trzy minuty, w których niczego nie musimy od siebie oczekiwać — to ja to biorę. Z całą sympatią dla tej komiksowej dziewczyny mówiącej: „jestem, jaka jestem”. Bo może czasem właśnie tyle wystarczy.
Kornelia Wilczak
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: NIW - CRSO, PROO, zespoły niezależne


Share On Facebook
Tweet It




