„Martwe wody” to prawdziwa uczta dla miłośników czarnego humoru. Mnie do obejrzenia filmu skusił zwiastun, który w sekundę wprowadził mnie w specyficzny klimat tego filmu. Zapowiadał się kryminał w dwoma nieporadnymi detektywami w tle – rzeczywiście pojawia się wątek tajemniczych zaginięć turystów, którzy wypoczywają na północnym wybrzeżu Francji. Przenosimy się do 1910 roku, wchodzimy w świat ogromnych dysproporcji społecznych. Z jednej strony napotykamy na znudzoną arystokratyczną rodzinę, a z drugiej na rodzinę poławiaczy omułków, która odurza nas swymi niekonwencjonalnymi sposobami na życie.
Trochę inny nadmorski świat
Bo czy normalne jest, że poławiacze omułków niekoniecznie żywią się tym, co zdołali zgromadzić? Czy czymś zwykłym jest przenoszenie turystów przez wielką wodę, która w praktyce nie dawała im szansy na powrót do letnich rezydencji? Detektywi nie mają do czynienia ze zbrodnią na tle rabunkowym. Nie mają też tropu, który wyraźnie wskaże im morderców. Arystokracja przecież nie zabija, a poławiacze wykazali się swego czasu tym, że ratowali ludzi na morzu.
Nie daj się złapać
W filmie widzimy kanibalizm jako zjawisko oczywiste – rodzina poławiaczy omułków delektuje się ludzkim mięsem, poluje na turystów. Każde ciało jest na wagę złota, a w zasadzie na obiad. Młody kanibal zakochuje się w młodej arystokratce, co komplikuje sprawę zabijania ludzi. Odwiedza ją w willi wybudowanej w egipskim stylu. Patrzy na inny świat i spogląda na potencjalne ludzkie kąski. Lecz czy piękna dama stanie się miłością jego życia? Tego nie zdradzę, zapraszam na ten dziwaczny film!
Tagi: Bruno Dumont, Juliette Binoche, Martwe wody
Share On Facebook
Tweet It





