Są piosenki, które wchodzą w człowieka przede wszystkim nastrojem — Charon TATTVY robi to już od pierwszych sekund. Ten teledysk nie udaje wielkobudżetowej produkcji. Wręcz przeciwnie: estetyka świadomie uderza w klimaty starych horrorów klasy B, gdzie więcej robiła gęsta mgła, czerwone światło i nocna wyobraźnia widza niż jakiekolwiek efekty specjalne. I to jest siła tego klipu. On nawet nie próbuje być wygładzony — ma być trochę surowy, trochę brudny, jakby wyjęty z VHS-a znalezionego w szufladzie po starszym bracie, który swego czasu zarywał noce na Evil Dead.
Klimat minionej epoki…
W środku tej mglistej scenografii pojawia się wokalistka — ukryta pod kapturem, trochę jak zjawa, trochę jak przewodniczka w tę ciemną stronę baśni. W jej ruchach nie ma wstydu ani tremy. Kobieta ewidentnie wie, co robi na scenie, i potrafi pokazać emocje tak, że nie wyglądają na próbę aktorstwa, tylko naturalny sposób wyrzucenia z siebie fraz. Jej wokal nie będzie ozdobą folderu „polskie głosy dekady”, ale ma coś znacznie ważniejszego — charakter. To ciekawe połączenie melorecytacji, śpiewu i lekkiego pogłosowego lamentu, dzięki któremu cały utwór brzmi jak opowieść przyciągająca bardziej klimatem niż technicznymi fajerwerkami.
Gitary i perkusja lekko pominięte
A skoro o technice mowa — dziwny jest fakt, że pod teledyskiem wspomniano wyłącznie wokalistkę. Tymczasem największą robotę robi tutaj bas, gitara i perkusja. Sekcja rytmiczna to kręgosłup Charona: ten ciężar, to pulsowanie, to przyklejenie do dna łodzi, którą płynie tytułowy przewoźnik. Perkusista i gitarzyści nie potrzebują reflektorów na twarzach, żeby było słychać, że to oni trzymają całą konstrukcję w ryzach. Szkoda, że w oficjalnym opisie zostali pominięci, bo właśnie na ich barkach stoi klimat numeru.
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
A tekst?
Sam tekst? To interesująca zabawa motywem Charona — ale nie jako postaci mitologicznej z podręcznika, tylko jako metafory człowieka, którego chciwość zaczęła zjadać od środka. Mamy tu rejs Styksu, ale reinterpretowany współcześnie: Charon nie jest strażnikiem zasad, tylko kimś, kto sam nie może przestać gromadzić błyskotek, choć zdaje sobie sprawę, że w tym zgubił sens. Ten element dysonansu — chciwość jako nałóg, zadra, pasożyt — wybrzmiewa najmocniej w momentach, gdy wokalistka przechodzi od szeptu do krzyku. Jest w tym coś uniwersalnego, bo ilu ludzi tonie dziś nie w rzece, tylko w „mieć więcej, mieć szybciej, mieć natychmiast”.
Inspiracje w klasyce
Muzycznie Charon stoi tam, gdzie TATTVA zawsze chciała stać: na skrzyżowaniu prog-rockowego kombinowania ze zgrzytliwą prostotą grunge’u. Słychać inspiracje — trochę Soundgarden, trochę Toola, trochę King Crimson w zmiennym metrum — ale bez kopiowania. To raczej ukłon w stronę historii gatunku niż próba wpasowania się w cokolwiek współczesnego.
Czy to utwór wybitny? Nie. Czy jest ciekawy, charakterystyczny i wart przesłuchania? Jak najbardziej. A jeśli podejdzie się do niego jak do seansu starego horroru — takiego z dymem, kapturami, światłem jak z piwnicy i moralitetem podanym półszeptem — to Charon sprawdzi się idealnie. Bo TATTVA nie sprzedaje nam perfekcji. Sprzedaje klimat. I robi to uczciwie, ze świadomością własnego stylu, a to jest waluta, której dziś w muzyce brakuje najbardziej.
Kornelia Wilczak
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: NIW - CRSO, PROO, zespoły niezależne


Share On Facebook
Tweet It




