W swoim copywriterskim portfolio zamieściłam informację, że gdy piszę o ciężkiej muzyce metalowej, to chcę udowodnić, że to nie kakofonia. Możliwe, że właśnie strzeliłam sobie w stopę. Do odważnych jednak świat należy.
Gdy przyszło mi napisać kilka tekstów o polskich zespołach niezależnych, pierwszym, który przyszedł mi do głowy, był Uulliata Digir. Dlaczego? Bo to chyba najdziwniejsza rzecz, którą usłyszałam w życiu. A już na pewno w tym roku. Brzmi bardzo niezależnie, prawda?
Cześć! Jesteśmy Stowarzyszenie
Dom Kultury Niezależnej!
Podaruj nam 1,5%!
Nasz KRS 0000543423.
Dziękujemy!
To nie będzie klasyczna recenzja płyty. Postanowiłam, że nie będę się specjalnie skupiać na wielowymiarowej warstwie muzycznej. Chociaż ta wprawia w osłupienie. Opowiem więcej o emocjach, które towarzyszyły mi w tym spektaklu dźwięków.
Wejście do innego świata
Nie będę owijać w bawełnę. Debiutancki album zespołu Uulliata Digir, o tym samym tytule, nie jest dla każdego. Materiał dostarczony przez zespół z Poznania, celuje w wyjątkowo wymagającego słuchacza. I bardzo dobrze. Gdyby było inaczej, przeszłabym obok tej płyty obojętnie.
„Uulliata Digir” to trochę ponad 38 minut splątanych ze sobą różnych gatunków. Pięć kompozycji tworzy niezwykle ambitny materiał, który aż nie przystoi na debiut. Szczególnie że to raptem trzy utwory i dwa krótkie przerywniki.
Początek płyty wprawił mnie w pewne zakłopotanie. Czy to ekstremalny metal? Czy może jazz? A może zwyczajnie trafiłam do jakiejś innej czasoprzestrzeni? Wybieram tę ostatnią opcję.
Uulliata Digir przenosi do innego świata. Przeprowadza brutalnie przez jego mroczne zakątki. Czasem buduje napięcie, czasem funduje nieoczekiwane zwroty akcji. Przez kręte ścieżki prowadzą gitary i perkusja. W momencie zagubienia drogę wskazuje trąbka.
W pierwszym momencie wydawało mi się, że muzyka Uulliata Digir to pierwotny chaos. W tym chaosie jednak jest metoda. Kompozycje są zaplanowane w najmniejszym szczególe. Nic na płycie nie jest przypadkowe. Trzeba się tylko dobrze skupić i dać szansę tak awangardowej muzyce.
Lokalni przewodnicy
Na czele zespołu stoją dwa głosy. Wokal męski nadaje opowieści kierunek. Jest mocny, konsekwentny i przez większość utworów trzyma jeden, charakterystyczny styl. Obok niego pojawia się głos żeński. Bardziej ekspresyjny i pełen emocji. Czasem porusza łagodnością, by za moment rozerwać wnętrzności. Oboje śpiewają w języku, który znają tylko oni. Dzięki temu każdy może usłyszeć tę muzykę po swojemu.
Czasem mam wrażenie, że wokale prowadzą między sobą dialog. Bardziej pasuje mi jednak myśl, że wokalista jest narratorem w tym ciekawym świecie, a wokalistka przybiera formy jego mieszkańców. Być może kiedyś zespół zdradzi sekret ukryty w ich utworach. Na razie pozostaje tajemnica, która sprawia, że słucham jeszcze uważniej.
Dziwny świat, do którego chce się wracać
Zespół zafundował mi konkretny masaż mózgu. Taki typowo medyczny. Momentami czułam ból, ale ostatecznie okazał się bardzo przyjemny. Koniec końców rozluźniłam wszystkie szare komórki i bardzo pobudziłam swoją wyobraźnię.
Album polecam słuchać w całości i wracać co jakiś czas. Złożoność muzyki Uulliata Digir powoduje, że za każdym razem odnajduję w tym dziwacznym świecie nowe ścieżki. A potem interpretuję je na nowo.
Trochę się boję, co zespół zafunduje w przyszłości. Jednak bardziej jestem podekscytowana i zaciekawiona.
Skład zespołu Uulliata Digir
- Krzysztof Kulis — perkusja
- Marcin Tuliszkiewicz — gitara i syntezatory
- Bartłomiej Kerber — gitara basowa
- Magdalena Andrys — trąbka
- Michał Sosnowski — wokal
- Julita Dąbrowska — wokal
Linki
https://hyperfollow.com/uulliatadigir
Magdalena Leporowska
Artykuł powstał dzięki dotacji przyznanej przez Narodowy Instytut Wolności-Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
Tagi: NIW - CRSO, PROO, zespoły niezależne


Share On Facebook
Tweet It




